Kiedy pochyliłem się nad jego łóżeczkiem była już późna pora. Robiłem tak kilka razy w ciągu nocy. Sprawdzałem czy oddycha, czy rączka nie utkwiła między szczeblami  łóżeczka albo czy nie zmarzł. Dbaliśmy o jego spokojny sen na spółkę z żoną. To wtedy pierwszy raz zadałem sobie pytanie ” Co ja mam tak właściwie z Tobą zrobić ?” Miałem 26 lat i zero pojęcia o dzieciach. Wszystko robiłem na czuja. Moja żona miała wcześniej kontakt ze swoją siostrzenicą, pomagała przy jej wychowaniu. Ja byłem kompletnie zielony. To wtedy pierwszy raz poczułem jak ciężar odpowiedzialności spada mi na barki. Ciężar, który nie byłem pewny czy udźwignę…

Początki

Pamiętam zmęczony głos w słuchawce :
” Rafał przyjeżdżaj, zaczęło się „.
Jak w amoku rzuciłem się na torby przygotowane w przedpokoju :
 Torba jest !
Nosidełko jest ! 
Złapałem w locie tabliczkę czekolady i butelkę wody. 
Trzy szybkie wdechy ” Dobra kurwa, jadę rodzić ! „
Dopiero w aucie dotarła do mnie myśl: ” Na chuj Ci te nosidełko i torba… Przecież to dopiero poród…”
Byłem w takim amoku, że pakowałem do auta wszystko co wpadło mi w dłonie.
Całą sytuację wspominam  z uśmiechem na twarzy.
Byłem z moim synem od pierwszego dnia jego narodzin. Trzymałem jego matkę za rękę na łóżku porodowym i cały czas się bałem. Bałem się przede wszystkim odpowiedzialności. Bałem się czy dam radę zapewnić byt mojej rodzinie. Bałem się czy dam sobie radę z codziennymi obowiązkami. Bałem się przede wszystkim czy będę dobrym tatą. Moje relacje z ojcem skończyły się w wieku 15 lat. Dziś jak patrzę po czasie nawet te lata, w których ojciec był przy mnie, były nieźle popierdolone. Skończyło się to dla mnie tragicznie. Alkohol, dragi, dziewczyny. Tak naprawdę to dopiero co zacząłem wychodzić na prostą. Mieszkaliśmy z moją  dziewczyną dopiero niecały rok kiedy oznajmiła mi: „Będziesz tatą.”  Mój ojciec nie uniósł tego ciężaru jaki teraz spadł na mnie, więc dlaczego ja miałbym go unieść. Siedziałem w pustym mieszkaniu, wpatrując się w puste łóżeczko. Nie wyobrażałem sobie, że za kilka dni w domu pojawi się mój syn. Całe dzieciństwo przelatywało mi przed oczami. I wciąż w głowie kołatała się jedna myśl :
” On nie przeżyje tego co ja „
To wtedy pierwszy raz postanowiłem, że moje dzieci nie będą miały takiego ojca jakiego ja miałem. W tą noc ustaliłem priorytety. Ponad wszystko rodzina !Tylko co dalej? Odpowiednie nastawienie nie zmienia faktu, że nie wiem co robić. Jak obsługiwać się taki maluchem. Strach nie zmalał. Przyjął tylko inna formę…Chociaż czułem się nie pewnie to cieszyło mnie tacierzyństwo. Pierwsze dni, tygodnie, miesiące minęły cudownie. Czułem się wspaniale będąc „obecnym” ojcem. Przewijałem, karmiłem, kładłem spać. Na zmianę w nocy wstawaliśmy karmić małego gdy żonie skończył się pokarm. Maks był cudownym dzieckiem. Nie miał kolek, przesypiał całe noce, przez pierwsze pół roku praktycznie zero problemów. Chłonąłem ojcostwo całym sobą. Czułem w sobie instynkt i powołanie. Kiedy trzymałem go w ramionach cały świat przestawał się liczyć. Nie umie określić jak wkurwiały mnie filmiki na których nieporadni ojcowie nie potrafili zmienić swojemu dziecku pieluchy, dostając odruchu wymiotnego. Zawsze krzyczałem:
” Że są cipami. Przecież to tylko kawałek kupy. Jakim trzeba być idiotą, żeby nie umieć przewinąć pampersa ?” Dopiero po latach zrozumiałem, że to co jednym przychodzi lekko i sprawia radość dla drugich może być nie do przejścia i nie robi to z nikogo gorszego rodzica. I tak trwała moja sielanka, niedoświadczony myślałem, że będzie tak zawsze.
Mój syn gdy odkrył piękno chodzenia nie potrafił usiedzieć 5 minut w miejscu.  Ciężko było go spuścić z oka. Ten mały aniołek nagle pokazał różki. Był to dla mnie bardzo stresujący czas. Mały buszował do 22 i wstawał o 6. Ciężko było cokolwiek przy nim zrobić.
W tym okresie dojeżdżałem do pracy prawie 60 km i pracowałem w systemie tzw. 5 brygadowym(świątki, piątki i niedziele). Czułem się strasznie sfrustrowany, że spędzam tyle czasu poza domem. Czułem jak narasta we mnie złość i pewnego dnia podczas próby wybrania małego na spacer nie wytrzymałem. Puściły hamulce i mały dostał w dupę. Kiedy zobaczyłem załzawione oczy mojego syna poczułem się jak potwór. Klęczałem w przedpokoju razem z nim i płakałem. Przypomniały mi się lata dzieciństwa, w których ja byłem tak dyscyplinowany i uczucia jakie mi wtedy towarzyszyły. Wtedy kolejny raz zacząłem się bać. Zacząłem się bać, że pomimo wielu dni starań i ciężkiej pracy i tak pójdzie wszystko na marne, bo nie nadaje się na ojca…

Przemiana

Na szczęście wydarzenia tamtego dnia otworzyły mi pewne zapadki w głowie. Zrozumiałem, że jestem upośledzony emocjonalnie. To co we mnie narastało przez wiele lat wybuchło jak wulkan. Zrozumiałem, że pierwszym krokiem na drodze do bycia dobrym ojcem dla swojego syna to poukładanie się z samym sobą. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zrozumiałem również, że bycie rodzicem to przede wszystkim podróż. Podróż, w której każdy musi podążyć własną drogą, ponieważ każde dziecko jest inne i wymaga czegoś innego od rodzica. W tej podróży nie raz zbłądziłem i jeszcze nie raz zbłądzę. Najważniejsze jest to, że oswoiłem się ze strachem. Nie boją się tylko idioci. Jeśli ktoś Ci mówi, że się niczego nie boi to albo jest głupi albo jest zwykłym ignorantem. Najważniejsze to zrozumienie samego siebie. Nazwanie swoich uczuć. To podstawa udanych relacji z innymi.
Dziś wiem, że ojcostwo to taka sama dziedzina życia jak każda inna. Wielu rzeczy musisz się nauczyć. Wiele razy popełnić błędy, nabrać doświadczenia dopiero wtedy będziesz coś o tym mógł powiedzieć. Najważniejsze to być szczerym w tym co robisz. Jeśli w Twoim sercu pali się chęć bycia dobrym człowiekiem to w końcu odnajdziesz swoją drogę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *